Długi weekend

Jednym z elementów pracy piłkarskiego menedżera jest prezentacja zawodników. Szukamy kontaktów w zagranicznych klubach, wysyłamy CV, rejestrujemy mecze, wybieramy interesujące fragmenty, ślemy paczki z płytami dvd kurierem, co zresztą nie jest wcale takie tanie... Poza tym spotkania, spotkania, spotkania... I rozmowy, długie godziny na telefonie...

Zdawać by się mogło, że menedżer głównie siedzi, czeka aż zadzwoni Alex Ferguson, mówi mu, że chciałby dostać milion, oczywiście funtów i oczywiście za nic. Żałuję, ale niestety ten zawód nie jest tak prosty, jak się niektórym wydaje. Nerwy, stres, bieganina... Ale na szczęście w piątek zaczyna się weekend, wtedy kończy się praca... a zaczyna harówka!

Od rana – a czasami nawet dzień wcześniej – zaczynają się zlatywać goście z zagranicy. Każdy piłkarski transfer wymaga długich przygotowań i każdego piłkarza zagraniczny klub wielokrotnie chce zobaczyć. Jeśli więc uda się zainteresować swoim zawodnikiem kontrahenta, trzeba stworzyć mu warunki, by mógł się przekonać co do wyboru. Inaczej mówiąc – trzeba go wozić z miejsca na miejsce, wszędzie tam, gdzie odbywa się mecz.

Ostatni weekend. W piątek derby Warszawy. Odbieramy gości z lotniska, zawozimy do hotelu. Pierwsi lądują o 12 – lot z Amsterdamu. Potem największy ruch, bo o 15 ląduje Frankfurt – też bierzemy. Przylatują Niemcy, ale także goście po przesiadkach. Wszystkich trzeba zakwaterować, dostarczyć do hotelu, a tu piątkowe godziny szczytu. Potem – na stadion! Sam mecz słaby, człowiekowi aż głupio przed wysłannikami zagranicznych klubów. Opowiadało się, że tu Legia, tu Polonia, dwie czołowe drużyny, a teraz trwa mecz i po prostu nie da się uciec od natrętnej myśli, że tracimy czas. W sobotę jeden z gości chce jechać do Bełchatowa na mecz GKS – Wisła, drugi do Białegostoku na Jagiellonia – Lech. Mój pracownik jedzie więc do Bełchatowa, po drodze tłumacząc, że te 100 czy 120 kilometrów naprawdę zajmie jakieś trzy godziny. Ja ruszam do Białegostoku, mecz kończy się o 20, zanim wyjedziemy… W domu o północy. Albo i później.

Ale wyspać się nie ma kiedy. Jest przecież niedziela. A jak niedziela – to do Wrocławia na mecz Śląsk – Cracovia. I znowu korki, znowu remonty, a mecz już o 14.30. Ruszyliśmy bladym świtem, a droga się ciągnie i ciągnie. Na miejscu rozczarowanie – piłkarz nie gra tak, jak można było oczekiwać. Gość kręci głową. No to – z powrotem! W niedzielę w stronę Warszawy jedzie cały sznur samochodów, więc podróż trwa osiem godzin. Może odpocznę w poniedziałek? Nie, w poniedziałek jest przecież mecz w Gdańsku – Lechia gra z Koroną. Wysłannik zagranicznego klubu nie traci czasu, to spotkanie też chce zobaczyć. Jedziemy więc, byle do Torunia, byle do autostrady. Mijamy Koronowo. Tu podobno Maryla Rodowicz chce kupić klub piłkarski, co wydaje mi się nonsensem tygodnia.

Gdańsk. Nareszcie. Znowu mecz, który nie rzuca na kolana. 0:0. Zanim wyjedziemy z Trójmiasta, robi się 22.00 czy 23.00. A do Warszawy – szmat drogi. Będziemy pewnie w środku nocy albo i nad ranem. Ale nie narzekajmy... Kiedyś moi partnerzy z Hiszpanii jadąc z Berlina na mecz Groclinu pomylili Grodzisk z Gorzowem...

Podróże. Non-stop podróże. I koszty. A przecież nic z tych transferów może nie wyjść. Ryzyko zawodowe. Możesz tydzień w tydzień wozić ludzi po Polsce, a oni na koniec powiedzą: - Ten piłkarz mi się nie podoba, albo że maja lepszego.... I co wtedy? Nic.Gramy dalej, szukamy innych koncepcji i wozimy kolejnych ludzi. I kolejnych. I kolejnych. Aż się uda. Albo i nie...

Bo dobry menedżer nie czeka, aż transfer zrobi się sam – takie transakcje się zdarzają, ale bardzo rzadko. Całą resztę trzeba wyjeździć, wylatać, wychodzić, inwestując swoje pieniądze i swój czas... . Te wysiłki na szczęście wynagradza fakt, ze przy okazji realizujemy swoje pasje, bo tylko tacy ludzie mogą przez lata utrzymać zapał do tej profesji...
Trwa ładowanie komentarzy...